Od przybytku głowa może jednak boleć…

0
32
- Partner portalu -

Dwie pełne torby plus zamykane wiadro – mniej więcej taką ilość przynęt jeszcze do niedawna zabierałem ze sobą nad wodę. Odkąd tylko pamiętam, zawsze starałem się być człowiekiem zapobiegliwym. Taszczenie „tony” karpiowego żarcia idealnie wpisywało się zatem w moje podejście do życia…

To zabawne, ale gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze całkiem niedawno, jakie kulki zanętowe zabieram ze sobą nad wodę, miałbym spory problem z odpowiedzią. Ilość posiadanych smaków, średnic, kolorów i rodzajów już dawno przekroczyła w moim przypadku granice zdrowego rozsądku.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie, „wieki” temu. W latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia absolutnym kilerem karpiowym była – do dziś zresztą nieśmiertelna – truskawka. Na takie kulki, które wówczas praktycznie zawsze musiały być czerwone, łowiłem swoje pierwsze karpie. Ich skuteczność była naprawdę rewelacyjna i co dość charakterystyczne – wcale nie szła w parze z jakością. Nie ma co ukrywać, pierwsze boilies dostępne na naszych krajowych półkach sklepowych były… hmm, jakby to dobrze ująć… Cóż, kiepskie były, po prostu. W tamtych, „przedinternetowych” czasach (tak, tak,kochani – wbrew pozorom takie czasy miały kiedyś miejsce!) umiejętność kręcenia własnych kul należała do absolutnej rzadkości, a ci, którzy ową wiedzę posiedli, jawili się „zwykłym” wędkarzom niczym magowie bądź inni czarownicy. Instytucja nęcenia wyglądała też zgoła inaczej i najbliższa była dzisiejszemu nęceniu punktowemu. Przyjeżdżał taki dziwak nad jezioro i – najczęściej korzystając z procy, znacznie rzadziej używając kobry – posyłał te dziwne kuleczki przed siebie, wprost do wody.

Pewnie zabrzmi to banalnie, ale kiedyś, aby osiągnąć sukces, nie trzeba było wiele. Ryby reagowały na kulki (praktycznie każdy ich rodzaj) wprost fantastycznie, a wyniki osiągane przez łowców, którzy odważyli się je stosować – naprawdę imponujące. Jak jednak powszechnie wiadomo, życie nie lubi próżni, i nie minęło dużo czasu, kiedy w handlu, obok truskawki, pojawiły się kolejne aromaty kulek – w tym min. moje ukochane wanilia i scopex. To właśnie wtedy – dziś widzę to zresztą doskonale – wystąpiły u mnie pierwsze symptomy „choroby”. Trzeba być przygotowanym na każdą okoliczność! kalkulowałem. Niewielki chlebak (czy ktoś z młodszych czytelników wie w ogóle cóż to takiego?) zaczynał robić się zbyt mały dla mojego arsenału. Przysłowiowa „jazda na maksa” zaczęła się w chwili, w której na polskim rynku pojawiły się dipy. Tak, dobrze kombinujecie – stwierdziłem, że muszę przecież dysponować kompletem także tychdopalaczy.

Lata mijały, a ja sukcesywnie powiększałem swoją kolekcję. Ponieważ pracuje w branży wędkarskiej od dawna, siłą rzeczy przeróżne haczykówki, dipy, boosteryoraz spraye regularnie powiększały mojezbiory.Przeczytałem gdzieś kiedyś, że karpiowanie to w gruncie rzeczy forma kolekcjonerstwa – zgadzam się z tym w stu procentach. Jedni kolekcjonują wędki, inni kołowrotki, jeszcze inni plecionki przyponowe, ja zaś kolekcjonowałem kulki. Doszło do tego, że jedna, naprawdę duża torba wypełniła się po brzegi. I co? I nic, kupiłem drugą, a później dołożyłem do kompletu jeszcze wiadro znanej firmy. Odpowiedni zapas czekał również cierpliwie w garażu. W taki oto sposób doszedłem do etapu, w którym – przynajmniej w teorii – byłem przygotowany na wszystko. Powinienem być zatem szczęśliwym człowiekiem i spełnionym karpiarzem. Niestety, tak się nie stało. Zapytacie dlaczego? Cóż, okazało się, że od przybytku głowa może jednak boleć…

O tym, że praktycznie każdemu karpiarzowi, zamiast rodzinnego kombi, przydałby się pakowna ciężarówka, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Niestety, nie dysponuję takową, co skutkowało tym, że nawet wybierając się na szybki, jednonocny wypad,upakowanie wszystkich gratów robiło się nieznośne. Nie to jednak było najgorsze. Najbardziej stresujący moment następował, kiedy przychodził czas na wybór przynęty. Którą, u licha, nanizać na włos?! Nie jestem miłośnikiem łowienia na trzy lub cztery wędki (nawet w miejscach, gdzie jest to dozwolone), a zatem wybór musiał ograniczyć się do zaledwie dwóch zestawów. Wspominając te chwilę, kiedy nerwowo przebierałem w dziesiątkach słoików, kombinując jednocześnie, czy aby nie zrobić „grzybka” bądź „bałwanka”, dopalając go w jeszcze przy okazji w dipie o innym aromacie, dziś uśmiecham się szeroko. Zrobiło się tego istne szaleństwo. Najzabawniejsze było zaś to, że kiedy w końcu zestaw lądował w łowisku, niemal cały czas męczyło mnie kłujące przeczucie, że gdybym jednak postawił na inną kulę, efekt mógłby być znacznie lepszy… Jednym słowem – zwariowałem.

Ponieważ opowiadając Wam tę historię używam czasu przeszłego, domyślacie się już zapewne, że dziś nie zabieram nad wodę tony przynęt i zanęt. Wyleczyłem się z tego raz na zawsze! W pewnym momencie dotarło do mnie ze zdwojoną siłą, że to droga donikąd. Nie bez znaczenia była tu pewna długa dyskusja, którą odbyłem z przyjacielem podczas jednej z wypraw. Nasze rozważania rozpoczęły się niewinnie – od próby zdefiniowania, jaka powinna być naprawdę skuteczna kulka na włos. Czy– ponieważ karp skosztuje jej tylko raz– musi charakteryzować się doskonale zbilansowanym składem, czy też w gruncie rzeczy może to być kawałek pianki, byle tylko ładnie pachniał (czym zresztą jest wiele pop upów). Następnie analizowaliśmy – już nieco bardziej zażarcie – ile prawdy jest w twierdzeniu, że bywają łowiska, na których skuteczny jest tylko jeden smak kulek. W końcu zastanawialiśmy się wspólnie, skąd bierze się niebywała łowność pewnych smaków, podczas gdy inne kompletnie się nie sprawdzają. Była to jedna z najbardziej inspirujących nadwodnych debat, które odbyłem w ostatnim czasie. Co istotne – mym rozmówcą był łowca „prywatny”, w żaden sposób z branżą nie związany.

To właśnie wtedy dotarło do mnie ze zdwojoną siłą to, o czym w gruncie rzeczy od lat już wiedziałem. Jeśli od razu odrzucimy ewidentnie kiepskie przynęty i zanęty, to nasz sukces lub porażka w zdecydowanej mierze zależą od dwóch rzeczy. Umiejętności i zwykłego szczęścia. Testowanie niezliczonej ilości kulek włosowych pozbawia nas energii, którą winniśmy spożytkować w zupełnie innym miejscu. Skupmy się na poszukiwaniach najlepszej miejscówki, precyzyjnie zbadajmy jej dno, „czytajmy” wodę, na włos zaś załóżmy taką kulkę, do której po prostu mamy zaufanie. Ja na przykład, jeszcze od końca lat dziewięćdziesiątych, niesłabnącą sympatią darzę słodkie i owocowe aromaty, na czele z karpiowymi evergreen’ami, czyli scopexem i truskawką. Mam świadomość, że przez wielu łowców smaki te traktowane są dziś z lekkim przymrużeniem oka. Nie raz zdarzało mi się usłyszeć, że „dzisiejsze” karpie kompletnie się nimi nie zainteresują, a najzabawniejszą reakcją wszechczasów na moją odpowiedź na pytanie Na co łowię? było stwierdzenie Scopex? Ależ to banalne.Może i tak, ale za to jakie skuteczne!

Z rzekomą, wprost magiczną skutecznością jednych smaków i kompletnym brakiem tejże w przypadku innych aromatów to w ogóle dość zabawna sprawa. Znam bowiem takich, którzy od lat używają zaledwie jednego, góra dwóch rodzajów kulek i osiągają przy tym wprost rewelacyjne efekty. Na co łowią i czym nęcą? Boiliesami w kompletnie „zapomnianych” smakach, w opinii ogromnej większości braci karpiowej – nieskutecznych i nie wartych uwagi.Jak to możliwe?! Przecież każdorazowo powinni wracać do domu „o kiju”! A oni nic sobie z tego nie robią i łowią wspaniałe, wielkie karpie.Jak żyć?! chciałoby się zawołać.

Dla mnie absolutną podstawą zawsze pozostanie właściwy dobór kulek zanętowych. Jestem zdeklarowanym wyznawcą zasady, że muszą być absolutnie najwyższej jakości i na nichnigdy nie warto oszczędzać.Uważam, że znacznie korzystniej zasypać wodę mniejszą ilością „towaru”, ale za to takiego, po który cyprinusy chętnie wrócą, niż ładować w łowisko dziesiątki kilogramów kulek, które w super promocji „wyrwaliśmy” właśnie w necie. W drugim przypadku o sukces będzie naprawdę trudno, z dużą zaś dozą prawdopodobieństwa zmarnujemy być może całkiem dobrą miejscówkę. Nie ma również głębszego sensu, moim skromnym zdaniem, nadmiernej wagi przypisywać temu lub innemu aromatowi. To prawda, że bywają wody, w których ryby zdecydowanie chętniej „zbierają” śmierdziele, i takie, gdzie raczej „na słodko” można szukać swojego wędkarskiego szczęścia, jednak lata moich doświadczeń pokazują niezbicie, że dobrej jakości zanęta niemal zawsze się obroni.

Dziś moja torba z hookersami liczy zaledwie parę pozycji. Obok wcześniej wspomnianych scopexu, wanilii i truskawki znajdziecie w niej również kulki o aromacie orzechów tygrysich (uwielbiam ich zapach!), ananasa, kryla oraz tzw. mięsne. Są tam również trzy słoiki z dipami oraz cztery butle z boosterami. To wszystko! Kiedy wracam z wyprawy bez brania, jako przyczynę porażki nie wskazuję złego doboru aromatu moich przynęt. Najwyraźniej, zwyczajnie „dałem ciała” podczas lokalizowania ryb lub po prostu nie miałem tego dnia szczęścia.

Aha, zapomniałbym. Na moją decyzję o znaczącym odchudzeniu przynętowego arsenału miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie. Od jakiegoś czasu mój synek towarzyszy mi w karpiowych eskapadach i wprost uwielbia moment pakowania auta przed wyprawą – zawsze wszystko sprawdza, wybiera, dba, abyśmy niczego nie zapomnieli. Do dziś mam przed oczami jego zdumioną minę, kiedy po raz pierwszy ujrzał torby z moimi przynętami. Zapytał wtedy prawdziwie przejęty Tato, po co Ci taka masa tych kulek? Przecież mówiłeś, że można łowić tylko na dwie wędki. Hmm, no właśnie, po co?

 

tekst i foto. Mariusz Kapuściński

- Reklama -